Beskid Śląsko-Morawski. 6 i pół roku temu na tym samym niebieskim szlaku wędrowałem w większej grupie osób, lecz zakończenie było bardzo dla mnie nieciekawe. Są 2 wersje, albo mi skradziono portfel z wszystkimi możliwymi dokumentami i kartami bankowymi, albo go zgubiłem. Dzięki temu, że jedna z pań dojechała do Czeskiego Cieszyna samochodem, podwiozła mnie szybko do domu i zdążyłem wszystko zablokować... co z tego, skoro musiałem wszystko na nowo wyrabiać. To taka zadra "na Ondrzejniku" i choć jego pasmo nie ma nic z tym wspólnego to dotąd go omijałem.
Pora to wszystko zmienić i dlatego wyruszamy tym samym niebieskim szlakiem w trójkę. Trwają prace nad wymianą torów kolejowych na odcinku Baszka - Frensztat i dlatego na miejsce startu dojeżdżamy zastępczą komunikacją autobusową.
Kunčice pod Ondřejníkem. Startujemy spod dworca kolejowego o 9.13. Przed nami Skalka w chmurach, Skalka to najwyższy szczyt tego pasma. Pogoda dokładnie taka jaką podała czeska prognoza. Jeszcze w Czeskim Cieszynie mocno lało, ale tutaj już przejaśnia się, ale ma być w większości zachmurzone. Idziemy radośnie pod górę. Cieszymy się każdym detalem napotkanym, chociażby "wzorami" na drzewach przypominającymi np. głowę psa czy żubra. Pierwszy pies zaszczekał tylko raz na nas, odpowiedziałem mu "cześć" i przestał i pozostałe tylko patrzyły na nas zza płotów bez emocji.
Wycinki, wycinki, wycinki... to tak jakby ustawa Szyszki także w Republice Czeskiej obowiązywała. Tną same zdrowe drzewa, może będą tu kolejne dacze, a może szykuje się kolejna nartostrada?
Na jednym z pni tworzę żywy pomnik turysty, zadowolonego z życia. Potem troszkę mina mi zrzedła jak zobaczyliśmy świeżo zdartą korę na kilku drzewach łapami niedźwiedzia, a w ziemi wyraźny odcisk takiej łapy. Idzie wiosna więc naturalnym prawem mogły się zbudzić.
Na pewnej wysokości weszliśmy w pułap chmur i zrobiło się tajemniczo, ale jakże pięknie. Mówię koleżankom to co zawsze w takich sytuacjach mówiła inna pani, że mgła jest doskonała na cerę, a zaraz potem dodawała - na syna też.
Wcześniej Pod Skałką byliśmy po godzinie czyli o 10.13. Już w otoczeniu lekkiej śnieżnej powłoczki o 10.47 zdobywamy szczyt Skałki. Trzeba bardzo uważać, bo śnieg cały czas przykrywa sporą warstwę lodu, ale raki w sumie potrzebne nie były. Teraz już tylko w dół wśród drzew. Od czasu do czasu w jakiejś przerwie migną widoki, ale bardzo rzadko. Do Ondrzejnika to nie jest trasa widokowa.
Tam właśnie przychodzimy równo w południe, schronisko niszczeje, a poprzednim razem (pisałem na wstępie) było tu gwarno. Dziś nawet sąsiednia jadłodajnia była zamknięta, co nas dziwi, bo jednak ludzie byli i stale dochodzili, zwłaszcza od strony Frydlantu.
Tutaj spotykamy oznaki wiosny w postaci bazi, a potem niżej swoje tegoroczne ozdoby pokażą leszczyny i inne liściaste. Schodzenie momentami strome, ale nie jest najgorsze.
We Frydlancie wchodzimy w uroczą aleję brzozową, wiadomo, że aby zdobyć pozytywną energię to trzeba się tulić do brzozy, co też czynimy. Specjalnie nie spieszymy się, bo pociąg, a raczej zastępczy autobus mamy za godzinę, ale... ale okazało się, że ten poprzedni jeszcze nie jechał i ... właśnie nadjeżdża. Byliśmy już blisko dworca kolejowego we Frydlancie nad Ostrawicą i kilka metrów podbiegliśmy i byliśmy pierwsi w autobusie. Nie mamy więc zbiorowego pożegnalnego zdjęcia, ale paniom fotki pstryknąłem. Obu koleżankom wcześniej złożyłem życzenia z okazji Dnia Kobiet. Kończy się ta trasa wraz z odjazdem autobusu o 13.19.
Przez całą trasę a zwłaszcza podczas wychodzenia pod Skałkę zawładnęła mną piosenka "Moon River". Pomyślałem, że będzie to dobry prezent na Dzień Kobiet dla pań, które ten blog odwiedzą. Kochane! jesteście brylantami naszego życia i zostańcie nimi dalej, na zawsze.
Dla Was dwójka Chorwatów z zespołu 2Cellos zagra tę piękną melodię, to oczywiście będzie na samym końcu relacji.