czwartek, 21 września 2017

664 trasa - 11.09.2017

Petrovac - Cetinje - Njeguši - Kotor - Budva - Sv. Stefan.

Ostatnią wczasową, ostatnią czarnogórską trasę rozpoczynam od piosenki powstałej do wiersza Marzeny Pericić, Polki mieszkającej w Barze, poetki i rzeźbiarki w drewnie oliwnym.
Jest żoną Sado Pericicia, który podobnie jak wczoraj będzie dziś naszym pilotem, po części tego pięknego kraju. Nadmienię, że jest także matką syna, który z kolei oprowadzał nas po ruinach Starego Grodu Baru.
Ta wycieczka miała odbyć się w środę, ale skutkiem bojkotu wyjazdu przez grupę wczasującą w Dobrej Wodzie, została odwołana. No cóż, wtedy padało, ale tylko z rana (ja skorzystałem z wolnego i pojechałem do Budwy), a dziś nam porządnie po południu poleje, bo taka jest prognoza pogody. Mogło być lepiej w piątek, będzie gorzej dziś, bo my zawsze wszystko lepiej wiemy niż miejscowi.
Dlaczego zaczynam trasę akurat w Petrovacu? Dlatego, że bardzo mi się ta miejscowość podoba, a naszym pierwszym przystankiem będzie dopiero Cetynia. Żal tych wszystkich pięknych widoków byłoby, a te zaczynają się tuż nad Petrovacem. Początek trasy w autokarze o 9.07.
Miniemy św. Stefana, Budwę i zaczniemy wspinaczkę w góry. Będzie kilkuminutowy postój dla podziwiania Budwy z wysokości, także Adriatyku i okolic.
Do Cetyni, pierwszej stolicy Czarnogóry przyjeżdżamy o 10.15.  Zwiedzanie najważniejszych miejsc historycznych, a potem czas wolny. Odjeżdżamy stąd o 11.39.
Przed nami przeprawa górami do Njeguši, wioski, z której wywodzi się ród władający Czarnogórą w XIX wieku. Ten ród to Petrović-Niegosz. Władcy byli jednocześnie prawosławnymi biskupami, dzielili władzę świecką i religijną.
Njeguši słynie z produkcji najlepszych rodzajów szynki i mięsa wędzonego. Uzyskują to dzięki panującemu tu klimatowi, przez co są słynni w świecie.
Przeprawa przez góry to prawdziwa przeprawa, gdyż ciągle budują drogę i co jakiś czas musimy jechać po utwardzonej zaledwie drodze i manewrować pomiędzy maszynami budowlanymi. Wczoraj kierowca w Albanii pokazał klasę a dziś pokazuje jeszcze większą. Droga, która dalej już jest asfaltowa jest wąska i dlatego mijanki możliwe są jedynie na zakrętach. Toteż, gdy zbliżają się do siebie z naprzeciwka 2 pojazdy, to jeden zawsze wycofuje się do zakrętu, zawsze ten, który ma bliżej. Teraz rozumiem, dlaczego nie można nigdy określić czasu przejazdu, bowiem wszystko zależy od tego co i jak będzie na drodze.
Zjeżdżając do wioski widzimy także miejsca, przez które w tym roku przeszły pożary, bo te latem były zmorą w całej Czarnogórze.
Moje zdjęcia robione przez szybę autokaru czasem są zbyt zamazane, ale to wina brudnych szyb, na co wpływu nie miałem. Przez to cały szereg fotek musiałem usunąć.
Jest Njeguši o 12.40. Zapach ze wspomnianej wędzarni czuję do dziś, taki delikatny i napędzający apetyt.
Przerwa trwa do 13.15. Pilot popędza, bo już mamy nad sobą chmury i chce byśmy zjeżdżali do Kotoru tak, aby coś zobaczyć, bo potem nic nie będzie widać.
Postój krótki by zobaczyć z góry Bokę Kotorską (już słabo widać) i potem zjazd serpentynami w dół. Ludzie z lękiem wysokości powinni mieć zamknięte oczy, mimo tego, że zjazd piękny i emocjonujący. Zasady jazdy takie same jak wcześniej opisywane i to oczywiście przedłuża przejazd.
Będzie jedna fotka zapożyczona z netu pokazująca to, jak prowadzą serpentyny. Natomiast na samym końcu relacji będzie wgrany film pokazujący jazdę motocyklem serpentynami, z tym, że w odwrotnym kierunku. Jest co oglądać, mimo, że nie widać przepaści ani z jednej, ani z drugiej strony drogi.
Kotor przywitał nas kolejką  wjazdu do miasta, swoje musieliśmy odstać i na dobre się rozpadało.
Pilot już w starym grodzie przedstawił plan tutejszego pobytu i na słowa o wolnym czasie, rozległo się od naszych - po co? Tylko dzięki jednemu gościowi, który mocno krzyknął - państwo nie jesteście tu sami... można było kontynuować wcześniej założony plan.
Kotor - ma kilkanaście ryneczków, my zwiedzimy kilka. Wejdziemy też do katedry św. Tryfona.
Szkoda, że przy takiej pogodzie w czasie wolnym, nie będę mógł pokonać 1500 schodów do twierdzy św. Jana. Błysnęło, zagrzmiało, poszedłem szukać stolika pod parasolem, ale zerwał się taki wiatr, że wszystko fruwało. Obsługa ledwo nadążała ze sprzątaniem we wszystkich kawiarniach, barach na świeżym powietrzu. Niektóre parasole zostały złamane. Schroniłem się w restauracji tuż przy poczcie, napisałem widokówki, napiłem się piwa. Szudera jak szybko przyszła, tak szybko odeszła. Świetnie, bo jeszcze będę mógł trochę pospacerować po mokrym Kotorze, choć już bez deszczu.
Jeśli tu jeszcze kiedyś będę, to na własną rękę przyjadę to Kotoru, bo tu trzeba poświęcić jeden dzień. Nowy kolega, o którym pisałem w pierwszej relacji z Baru, powie mi jutro, że jak tylko kiedyś wrócę, to do Kotoru mnie zawiezie i będzie moim osobistym przewodnikiem.
Wyjeżdżamy z Kotoru o 16.54, by o 17.30 zameldować się w Budwie. Trzeci raz tutaj jestem, a drugi po deszczu i ponownie wyjrzy słońce. Nie mam już co opisywać, bo to czyniłem przy 660 i 661 trasie.
Po zwiedzeniu tego jakże mi bliskiego miasta wyjeżdżamy stąd o 18.37. Tym razem czasu wolnego nie było, zatem cieszę się, że byłem tu wcześniej sam.
Słońce pokazało się, ale zaraz będzie zachodziło za Adriatyk. Zatrzymujemy się nad byłą wyspą, Świętym Stefanem i tutaj o 18.55 kończy się ta ostatnia wczasowa trasa.
Dziękuję BP Marco z Bielska-Białej za organizację tychże pięknych wczasów, w szczególności uroczej i zawsze pomocnej Pani Rezydent, pani Magdzie.
Dziękuję wszystkim, którzy ze mną tu spędzali urlop, którzy jeździli ze mną autokarami i byli zawsze bardzo mili. Dziękuję pilotom, przewodnikom, kierowcom... w sumie dziękuję wszystkim z serca gorąco.
Myślę, że też będziecie mnie ciepło wspominać, a tych oklasków na pożegnanie w autokarze już w Cieszynie nigdy nie zapomnę. Do tej pory byłem świadkiem oklaskiwania pilotów, kierowców. No cóż, na moment zaniemówiłem