Po raz pierwszy w tym roku Skoczów dołączył do grona miejscowości organizujących Orszak Trzech Króli. Bardzo się ucieszyłem na tę wieść, bowiem tam, mam najbliżej z domu. 3 lata temu byłem w Strumieniu (i tylko raz tam odbył się Orszak), 2 lata temu w Bielsku-Białej, a rok temu zrobiliśmy sobie ze znajomymi z tej okazji swoisty Orszak, bo wybraliśmy się do Słowackiego Betlejem.
W tym roku powrót do czynnego udziału w ramach Święta Trzech Króli. Jest to zarazem pierwsza moja tegoroczna wędrówka.
Perełka niestety w Nowy Rok zachorowała i miałem poważny dylemat, czy mogę ją zostawić samą... ale co by to dało, kiedy bardziej pomóc już nie potrafię ponad to, co robię dla niej.
Jestem umówiony z koleżanką w Skoczowie na Górnym Borze. Sprzed tamtejszego kościoła pw. Matki Boskiej Różańcowej wyjdzie orszak afrykański króla Baltazara (kolor niebieski). Jest to najdłuższy odcinek do pokonania.
Radość towarzyszy wszystkim zebranym, a idzie z nami orkiestra z Jaworza. Zaczynamy punktualnie o 14.00. Korona zbyt mała na moją głowę i co chwilę mi spadała, w końcu pod sam koniec uroczystości, zgubiłem ją.
Póki co idziemy śpiewając radośnie kolędy. Pogoda słoneczna, mrozik trzyma i to jest to.
W połowie drogi do skoczowskiego rynku łączymy się z azjatycką grupą, zieloną króla Melchiora, który od samego początku kadzi nam kadzidłem i unosi się w powietrzu przyjemny zapach.
Po przyjściu na rynek trwa oczekiwanie na dołączenie czerwonej europejskiej grupa króla Kacpra. Wykorzystuję to i idę w stronę żłóbka. Spotykam Marię i Józefa z Dzieciątkiem. Wszyscy radośni... tutaj nikt dziś nie jest smutnym. Potem wracam na róg rynku, gdzie akurat wszyscy królowie ze swoimi orszakami łączą się w jeden piękny korowód.
Tymczasem w stajence cały czas trwają przygotowania na przyjęcie zacnych gości wędrujących za Gwiazdą Betlejemską. Każdego króla wita oddzielny salut z działa. Jest trochę huku i dymu, ale przede wszystkim są śpiewane przez zebranych kolędy. Rynek prawie całkowicie zapełnia się.
Dary składają kolejno: Kacper (złoto), Melchior (kadzidło) i Baltazar (mirrę). Zrobił się spory tłok, więc trochę się wycofuję na tyły, obserwując przy okazji radość zebranych od najmłodszych do najstarszych.
Kosztuję smaczny żurek przygotowany przez restaurację Sadyba, jest też gorąca herbata. Każdy może się napić i posilić. Wracam do kolędujących i wreszcie spotykam ponownie moją koleżankę, którą namawiam na żurek i kiedy doszła - brakło... ale zaraz przynieśli nowy.
Zaraz potem Trzej Królowie przy dźwiękach kolędy "Bóg się rodzi" stanęli na czele poloneza, który odtańczyli wszyscy zgromadzeni. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć. Po uroczystym, świątecznym polonezie, ks. proboszcz parafii pw. Świętych Piotra i Pawła, złożył życzenia, radosne życzenia.
Razem z koleżanką poszliśmy się ogrzać do wspomnianej już Sadyby. W sumie na rynku spędziliśmy czas od 14.30 do 16.00.
Z racji tego, że mam trochę czasu poszedłem znajomą odprowadzić, a w drodze powrotnej coraz bardziej ściemniało się i stąd kilka wieczornych zdjęć.
Ostatnie, na którym macham Skoczowowi na pożegnanie jest blisko dworca autobusowego, na którym będzie meta tej trasy o 16.58.
W domu Perełka przywitała mnie chrupaniem jednej z moich książek, ale nie mam jej tego za złe. Ważne, że kica, że jest nadzieja na wyleczenie.