Nie można tak, ot sobie (według mnie) przyjechać tylko na koncert, ale trzeba zapoznać się z okolicą, lub sobie ją przypomnieć. Będę miał jedno i drugie, bowiem pierwszy czerwony odcinek trasy będzie moim debiutem.
Zaczynam wędrówkę w Bystrej wraz z koleżanką, w zmiennych warunkach pogodowych o 13.50. Akurat zaczyna intensywniej padać deszcz, który przerodzi się niebawem w deszcz ze śniegiem i od tej pory wędrowanie po części stanie się magiczne ze względu na wizyjne doznania.
O 14.25 dochodzimy do przełęczy aktualnie zwanej Równią pod Kozią i od tego momentu dziewictwo szlaków skończyło się. Dalej niebieskim. Lód, lód, lód i jeszcze raz lód. Koleżanka w markowych butach za kilka setek złotych praktycznie nie może się poruszać... i dziś sprawdziło się to, o czym zawsze mówię, że nie ważna jest marka, ale jakość buta. Moje za 1/4 ceny wydanej przez koleżankę prawie wcale nie mają poślizgu... ale trzeba wiedzieć, gdzie tanie i praktyczne buty należy kupować.
Do schroniska "Stefanka" na Koziej Górze przychodzimy o 14.38 i po raz pierwszy od początku znajomości możemy tutaj dłużej posiedzieć, bo nie mamy żadnej czasowej presji. Zostanę tutaj rogaczem, wypiję grzane piwo z cytryną, poczochram się z kudłatym opiekunem miejsca i... czas przeleci. O 16-tej wyruszymy dalej, z tym, że nie będziemy schodzili żadnym szlakiem turystycznym, tylko narciarskim (na mapce oznaczyłem to kolorem brązowym). Wszechobecny lód nadaje naszej wędrówce tanecznego charakteru... koleżanka decyduje się na założenie raków na buty. Nasze raki to takie "prymitywne" zabezpieczenie, ale skuteczne. Markowi producenci drogiego obuwia dlatego robią je ślizgające, żeby kupić raki za kolejne setki złotych i tak wzajemnie napędzają sobie kasę. Jestem przykładem tego, że można tanio i bezpiecznie.
Cieszą mnie kolejne bałwanki, tym razem na prywatnej posesji, bo bywały lata, kiedy bałwanka zamiast zimą można było spotkać latem bardzo wysoko w Tatrach.
Las Cygański i przystanek linii autobusowej MZK nr 1 osiągnięty o 17.10. Za 5 minut odjedziemy do centrum Bielska-Białej. Kilka przedzmierzchownych fotek i przy PTTK koło zamku żegnam się z koleżanką, która tam udaje się na dyżur. Z kolei ja ulicą Orkana dochodzę do ulicy Słowackiego i idąc w górę dochodzę do Domu Kultury "Kubiszówka" o 17.45. Zakupiony wcześniej bilet nikt nie sprawdza, bo jestem o godzinę wcześniej niż planowany początek koncertu.
Serdeczne przywitanie z Przyjaciółmi, czyli z Grażynką i całym zespołem Ajagore wraz z menago, akustykiem i kierowcą.
O 19.00 rozpocznie się rewelacyjny koncert, który potrwa do 20.40. Będą starsze piosenki, ale też głównie nowe z płyty "Sklejam się".
Sala pełna, potem owacje, bisy i rozdawanie autografów w pozycji siedzącej, stojącej, klęczącej... byle tylko zadowolić odbiorcę... wszystko zrobione niezwykle gustownie. Spotykam krajankę z Ustronia, która tak samo jest przyjaciółką zespołu jak ja i już jest nam raźniej. Czekamy na autografy przepuszczając tych co robią wywiady itd.
W końcu o 21.40 kończy się ta piękna trasa fotkami zespołowymi, a ja biegiem muszę udać się na dworzec autobusowy, by zdążyć... zdążyłem cały spocony, ale jakże szczęśliwy.
Szczęście moje osiągnęło zenitu już w domu, kiedy przeczytałem dedykację Grażynki... i łezki nie wytrzymały i polały się spod powiek na policzki. Mogę to określić tak - dobro dane komuś powraca, więc jestem szczęściarzem.