środa, 23 lipca 2014

458 trasa - 23.07.2014

Bumbálka - Masarykova Chata - Smutníky - Chata Kmínek - Sedlo Nad Bitalovcami - Bulovci - Bugalovci - Makov.

To miał być powrót do Wratnej na Małej Fatrze. Miałem jechać przedwczoraj, ale obowiązki przekreśliły te plany, więc spakowałem się dziś rano. Zanim wyszedłem z domu, włączyłem komputer, żeby jeszcze raz sprawdzić pogodę i w poczcie zastaję wiadomość o tragedii w Dolinie Wratnej.
Gdyby nie moje obowiązki, byłbym wówczas świadkiem żywiołu w postaci lawiny błotnej w trakcie burzy.
Zniszczona została dolna stacja wyciągu, którym jeździłem podczas 456 trasy, zniszczona Chata Vratna... Szok... poranny szok... i zmiana planów, bo przecież tam nie dojadę, a za mało mam informacji na temat aktualnego stanu komunikacji w tamtym terenie. Też będzie Słowacja, ale od czeskiej strony. Autobusem z Frydlantu dojeżdżam na Bumbalkę o 9.25. Autobus ciągnął przyczepę z rowerami i dlatego przyjechał opóźniony aż! (jak na czeskie warunki - 13 minut). Czerwonym szlakiem pójdę teraz granicą między Czechami a Słowacją. I tak raz będą obiekty i widoki po czeskiej stronie, a raz po słowackiej.
Przy Chacie Bumbálka podziwiam strusie, które tam dalej są, a nie szedłem tym szlakiem kilka lat.
Sama chata bardzo z zewnątrz zaniedbana, w przeciwieństwie do Masarykovej Chaty po czeskiej stronie, do której przychodzę o 9.53. A pamiętam lata wstecz, kiedy było zupełnie odwrotnie.
Widoki w większości na Beskid Śląsko-Morawski z Łysą Górą i Trawnym.
Do Smutników schodzę o 10.10 i teraz już zaczyna się podejście przed Chatą Kmínek. Mam po prawej zatrzęsienie leśnych malin (a ja oczywiście nie zabrałem żadnych naczyń). Po lewej zaczynają się pokazywać grzyby, na razie  niejadalne.
Zejście do chaty o 10.47, wypijam espresso i o 11.00 już idę dalej zielonym w stronę Przełęczy Nad Bitalowcami. Ten odcinek już pokonywałem w czerwcu. Na przełęczy (11.33), tuż za kapliczką, pojawiły się pierwsze grzyby jadalne i od tej pory mój czas przejścia nie będzie adekwatny do tego jak idzie się w rzeczywistości, bo ja idę wolno lasem i zbieram grzyby na pyszną wieczorną jajecznicę.
Oczywiście na przełęczy zmiana koloru, ponownie na czerwony. W czerwcu schodziłem stamtąd niebieskim.
Nie mam widoków, idę lasem, oddycham świeżym powietrzem. Teraz już tylko po słowackiej stronie.
Mam czas, więc focę baraszkujące motyle, zajadam maliny, borówki.
W końcu o 13.05 zszedłem do Makowa, ale nie poszedłem w prawo za szlakiem, tylko w lewo bezszlakowo, w stronę centrum. Także, z powodu wystarczającego czasu, skusiłem się na pyszny placek ziemniaczany z mięsną wkładką w ostrzejszym sosie.
Ledwie skończyłem, nie wiem skąd nadciągnęły ciemne chmury i nadeszła burza, a chciałem jeszcze zajrzeć do makowskiego kościoła i dobrze.... bo tam przeczekałem najgorszy okres burzowy. Pompa z nieba taka, że musiałem wszystko pochować, łącznie z aparatem i nakryć się moją wielką żółtą peleryną, której już kilka lat nie musiałem używać. Tak doszedłem do stacji kolejowej i tam o 14.15 była meta tej trasy.
Musiałem trochę poczekać, aż otworzą drzwi do pociągu i po 25 minutach stamtąd (już ponownie w słoneczku) odjechałem do Czadcy.
... aha, ostatni odcinek 5-minutowy przebyłem niebieskim szlakiem (hahaha) w strugach deszczu.
Ważne, że są grzyby... ale powraca myśl o tych, którzy zginęli we Wratnej...

4 komentarze:

  1. Ładnie powędrowałeś...pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gabrysiu, to jest wyjątkowy teren na spokojne dreptania. Polecam i pozdrawiam.

      Usuń
  2. Czesi "od zawsze" mieli świetnie opisqne szlaki, ale nie byłem na nich niestety chyba od czasów licealnych.

    OdpowiedzUsuń